WRZESIEŃ 1939 ROKU W BESKIDZIE NISKIM W OCZACH ŻOŁNIERZY NIEMIECKICH

W bieżącym roku mija 70 lat od momentu niemieckiej agresji na Polskę. Z tej okazji odbyły się w rozmaitych zakątkach naszego kraju uroczystości rocznicowe, konferencje naukowe, a w księgarniach pojawiły się liczne publikacje dotyczące tragicznych wydarzeń 1939 r. Wydawałoby się, że nasza wiedza o Tamtym Wrześniu jest po tylu latach już pełna i w zasadzie każde zagadnienie zostało obszernie opisane. Nic bardziej błędnego!

Osobom interesującym się – zawodowo bądź hobbystycznie – kampanią wrześniową rzuca się w oczy fakt, iż nadal w polskiej historiografii w niedostatecznym stopniu wykorzystywane są dokumenty i publikacje niemieckie.

Wrzesień ’39 w Beskidzie Niskim wydaje się być nieco zaniedbany na niwie wydawniczej. Niewątpliwie jest to efekt tego, iż wydarzenia 1939 r. na tym terenie były o wiele mniej spektakularne niż walki o karpackie przełęcze podczas I wojny światowej czy też operacja dukielsko-preszowska w 1944 r.

Nawet istniejące publikacje ukazują wojenne beskidzkie epizody na ogół tylko z perspektywy Polaków.

Jedna z rzymskich maksym prawniczych głosi: „Niechaj będzie wysłuchana i druga strona”1. W niniejszym przyczynku chciałbym przedstawić Czytelnikom tłumaczenia czterech niemieckich tekstów, dotyczących września 1939 r. w Beskidzie Niskim widzianych oczami żołnierzy z 1 Dywizji Górskiej. Jednostka ta, dowodzona przez generała-majora Ludwiga Küblera, miała zdecydowaną przewagę liczebną i materiałową nad polskimi oddziałami broniącymi się na opisywanym terenie. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że właśnie na terenie Beskidu Niskiego, konkretnie w okolicach Nowego Żmigrodu, rozpoczęła się 8 września 1939 r. słynna „Jazda szturmowa na Lwów”2, zakończona 4 dni później zaskakującym dla Polaków wdarciem się niemieckiej zmotoryzowanej kolumny do stolicy Galicji. „Blitzkrieg”, kojarzony głównie z zagonami pancernymi, stał się udziałem także dywizji górskiej! Z tego powodu uznałem za celowe przytoczenie także tych informacji, które opisują losy strzelców górskich już po opuszczeniu Beskidu Niskiego.

Tłumaczone teksty zostały niekiedy nieznacznie skrócone (usunięto fragmenty nie wnoszące nic istotnego do poruszanego tematu) oraz zaopatrzone w niezbędne wyjaśnienia, które podano w przypisach. Tłumaczenia trzech z czterech tekstów wykonał piszący te słowa, natomiast autorem przekładu ostatniego fragmentu jest pan Arkadiusz Tuliński.

Pierwszy tekst, autorstwa Maxa Pemsela, pochodzi z oficjalnej monografii 1 Dywizji Górskiej, wydanej 9 lat po zakończeniu wojny. Jest to tłumaczenie fragmentu rozdziału opisującego walki dywizji w Polsce3. Autor (1897-1985) był we wrześniu 1939 r. w stopniu podpułkownika szefem sztabu 1 Dywizji Górskiej, opisywane przez siebie wydarzenia znał więc z pierwszej ręki.

Wspomnienia kapitana Josefa Remolda, byłego adiutanta 100 pułku strzelców górskich, ukazują wojnę widzianą z perspektywy sztabowca niższej rangi4.

Jako trzecią w kolejności umieściłem niezwykle moim zdaniem cenną relację Helmuta Logesa, spisaną przez niego krótko po opisywanych wydarzeniach5. Loges, będący prawdopodobnie zwykłym szeregowcem lub co najwyżej podoficerem, opisuje niezwykle barwnie swój chrzest ogniowy pod Krempną.

Ostatnim zaprezentowanym materiałem są wspomnienia z propagandowej niemieckiej publikacji, wydanej jeszcze w czasie II wojny światowej6. Przedstawiają wydarzenia często tendencyjnie, traktując Polaków z pogardą, zawierają też fragmenty o charakterze antysemickim7. Niemniej stanowią one, przy zachowaniu sporej dozy krytycyzmu, cenne źródło informacji, zwłaszcza przy opisie początków „jazdy szturmowej na Lwów”.

Max Pemsel, Kampania przeciw Polsce

Wojna zastała niemiecki Wehrmacht, a więc także 1 Dywizję Górską, jeszcze w trakcie rozbudowy. Brakowało przede wszystkim wyszkolonych rezerw. Na I wojnę światową Niemcy poszły z 25 w pełni wyszkolonymi rocznikami rezerwistów. Na początku II wojny światowej było do dyspozycji tylko 6, na ogół krótko szkolonych roczników.

25 sierpnia [1939 r.] zostaje przekazany 1 Dywizji Górskiej rozkaz do gotowości marszowej, 28 sierpnia wieczorem przewieziony jako pierwszy personel sztabu dywizji zostaje załadowany w Monachium. Celem jazdy są północne Morawy. Odtransportowanie oddziałów dywizji następuje dopiero w dniach 1-3 września.

Od godziny 4.45 1 września niemieckie dywizje wdzierają się do Polski. Rejon wymarszu przybyłej później 1 Dywizji Górskiej musi zostać przesunięty z północnych Moraw na wschód do zaprzyjaźnionej Słowacji. Tak zaczyna się pierwszy okres zadania dywizji: wyprzedzający pościg za wrogiem na wschód, najpierw w transporcie kolejowym przez Słowację wzdłuż polskiej granicy, aby obejść głęboko flankę nieprzyjaciela, potem wmaszerować do Polski, by przełamać ochronę flanki przeciwnika i na końcu w zmotoryzowanym uderzeniu zdobyć daleko na tyłach wroga ważny operacyjnie węzeł drogowy i kolejowy – Lwów.

Kolej transportuje 1 Dywizję Górską przez wspaniałą dolinę Wagu w dolinę górnego Popradu. Dywizja zostaje wyładowana z przednimi częściami na węźle kolejowym na północ od Kieżmarku. Przyjaźnie nastawiona ludność pochodzenia niemieckiego w miejscowościach pozdrawia strzelców górskich. Widok dwutysięczników Tatr Wysokich budzi wspomnienia ojczystych stron. Lecz nie przez te góry, jak liczą niektórzy, nastąpi atak dywizji, lecz dalej na wschód w polskim górzystym terenie Beskidów Wschodnich. Dywizja zostaje podporządkowana XVIII (górskiemu) Korpusowi Armijnemu (Beyer)8, który ma za zadanie uderzyć z obu stron Tatr Wysokich w kierunku Lwowa w celu okrążenia nieprzyjacielskiego skrzydła południowego. Na zachód od Tatr Wysokich już od rana 1 września 3 Dywizja Górska (Dietl)9 posuwa się naprzód na terenie Polski. Na wschód od Tatr uderza 2 Dywizja Górska (Feurstein)10 przez polską granicę w dół Dunajca. Nieprzyjaciel (1 i 2 polska Brygada Górska i zmotoryzowana Brygada Rzeszów11) walcząc ustępuje przed atakiem XVIII (gór.) Korpusu Armijnego na wschód.

1 Dywizja Górska otrzymuje rozkaz, posuwać się naprzód na prawo od ugrupowania 2 Dywizji Górskiej. Za 1 Dywizją Górską powinna podążać 57 Dywizja Piechoty.

Na 5 września zostało nakazane uderzenie 1 Dywizji Górskiej przez polską granicę najpierw w kierunku północnym:

z wzmocnionym 100 pułkiem strzelców górskich (Utz)12 przez Piwniczną

z wzmocnionym 99 pułkiem strzelców górskich (Kreß)13 przez Muszynę

z 54 górskim batalionem rozpoznawczym (v. Aufseß, później Sellier) na wschód stamtąd.

98 pułk strzelców górskich (Schörner)14 powinien w pościgowym zamiarze maszerować na wschód na Słowacji i dotrzeć do Bardejova. Szybki rozwój sytuacji u 2 Dywizji Górskiej powoduje zlecenie 1 Dywizji Górskiej, by także 100 pułk strzelców górskich nie niepokojony jeszcze przez wroga ciągnął nadal na wschód na Słowacji.

5 września wzmocniony 99 pułk strzelców górskich bez oporu ze strony wroga przekroczył granicę. W nocy na 6 września pułk zostaje postawiony pod Powroźnikiem w gotowość do ataku na przeciwnika, którego obecność zameldowano na leżących naprzeciw wzgórzach. Jednakże krótko przed początkiem ataku Polacy opuszczają pozycję. 7 września pułk z Füssen uderza na wschód na znane z I wojny światowej Gorlice, aby przejąć osłonę południowej flanki 2 Dywizji Górskiej, która atakuje na północ od Gorlic. W międzyczasie wzmocniony I batalion 100 pułku strzelców górskich (Rohmeder), któremu później zostaje podporządkowany 54 górski batalion rozpoznawczy, posuwał się na Gorlice. Strzelcy górscy z Brannenburg docierają po południu 7 września do opuszczonego przez wroga miasta, jeźdźcy z Bambergu wkroczyli 8 września przed południem do Żmigrodu.

Główne siły dywizji z 100 pułkiem strzelców górskich w szpicy przekraczają 7 września przy domu celnym Ożenna polską granicę. Dochodzi do krótkiej potyczki pod Krempną. 8 września dywizja może się ponownie połączyć wokół Żmigrodu. Ważne tereny wzgórz Magury, które dawały przeciwnikowi doskonałe warunki do obrony, wpadły w nasze ręce niemal bez walki.

Nieprzyjaciel przed 1 Dywizją Górską, który składał się ze straży granicznej wymieszanej z aktywnymi oddziałami, wycofywał się dotąd przy każdej poważnej próbie ataku. Barykady i zniszczone mosty dawały obraz planowego odwrotu. W związku z tym dywizja tworzy 8 września przed południem zmotoryzowane grupy pościgowe15 pod komendą dowódcy 79 pułku artylerii górskiej (Wintergerst)16. Od Żmigrodu zostają wyznaczone do zdobycia ważne przeprawy przez San pod Sanokiem: południowa zmotoryzowana grupa pościgowa (Geiger)17 przez Rymanów i północna zmotoryzowana grupa pościgowa (Lang)18 przez Krosno. Te grupy składają się ze strzelców górskich, artylerii przeciwpancernej, motocyklistów, ciężkiej artylerii, saperów, jednostek łączności radiowej i artylerii przeciwlotniczej. Wszystkie one mają w równej mierze udział w niezwykłym sukcesie tego oddziału szturmowego.

8 września dochodzi pod Duklą do potyczki, w której wkroczyła do akcji część podążającego szybko II batalionu 98 pułku strzelców górskich19. Większość 98 pułku z artylerzystami podążyła na północ od Dukli na Równe, które zostało zdobyte w nocnej walce. 9 września w południe południowa grupa pościgowa, wzmocniona II batalionem 99 pułku strzelców górskich (Seitz), szturmuje wzgórza Rymanowa, które są przez Polaków uparcie bronione20. Pułk z Reichenhall spieszy z pomocą. Wskutek posuwania się 2 Dywizji Górskiej przez Haczów pułk z Füssen został na razie zmuszony do zatrzymania się. 10 września wieczorem obie grupy pościgowe docierają do ważnego odcinka Sanu. Ponieważ most przez San pod Sanokiem płonie, generał Kübler ze swymi strzelcami przekracza rzekę na północ od Sanoka i trzyma z nimi na wschodnim brzegu przyczółek odpierając wszystkie ataki nieprzyjaciela. Brama do Lwowa jest otwarta!

100 pułk strzelców górskich w kampanii polskiej

Kolega Josef Remold, były adiutant pułku

Przez austriacki pagórkowaty kraj droga transportu wiodła przez Wiedeń i Bratysławę w kojarzoną z zamkami dolinę Wagu, która skończyła się na północ od Žiliny w barwnych jesiennych lasach na zboczach Beskidów Zachodnich. Tu i na dworcu kolejowym na wschód od miasta rozpoczyna się wyładunek batalionów. Nastawiona przyjaźnie do Niemców ludność gromadzi się uśmiechając wokół strzelców górskich, a liczne miejscowości z mieszkańcami pochodzenia niemieckiego ślą radosne pozdrowienie powitalne. Do Ružomberoku pokryte już śniegiem wierzchołki Tatr Wysokich pozdrawiają pułk, który w szybkich marszach przez piękne tereny Słowacji podąża na wschód.

W międzyczasie zostaje podane do wiadomości zadanie XVIII Korpusu Górskiego, któremu podlegamy, dla 1 Dywizji Górskiej: 100 pułk ma wspólnie z pozostałymi jednostkami 1 Dywizji Górskiej rozpocząć wyprzedzający pościg, podążać na wschód wzdłuż polskiego południowego obszaru granicznego, następnie przełamać w walce południowe zabezpieczenia flanki polskiej armii południowej, które znajdowały się na wschód od Gorlic, aby potem uderzyć na Lwów. Dumne zadanie, oznaczające jednak długą drogę i nadludzkie trudy. Buty górskie oraz podkowy koni i zwierząt jucznych zapadają się po kostki w pyle dróg, który ogarnia z każdym krokiem i z każdym obrotem kół naszych pojazdów i który tworzy szare chmury nad maszerującymi kolumnami, przez które przebija się tylko blado nieubłaganie świecące jesienne słońce. Plecak i broń uwierają ramiona i spocone plecy, pragnienie dręczy wysuszone gardła. [...]

Tak idzie się dalej dzień za dniem, często 35 km i więcej, z krótkimi postojami pod gołym niebem za dnia i podczas krótkich nocy. 6 września zostaje osiągnięta okolica Zborova, na północ od Bardejova, skąd z polskiej granicy należy uderzać na północ. I batalion (Rohmeder)21 uderza przez Zdynię na Gorlice, które są znane z bitwy przełamującej w 1915 r., podczas gdy główne siły pułku, po oczyszczeniu dróg z polskich zapór, przekraczają granicę 7 września przy domu celnym Ożenna w kierunku Żmigrodu. Przy zapadającym zmroku dochodzi w kotlinie Krempnej do nocnej potyczki polskiej straży granicznej z II batalionem (Friedmann)22. Pomimo dzikiej strzelaniny przez pół nocy, co pozwalało przewidywać fatalne skutki, tylko wierzchowiec dowódcy zostaje lekko ranny w prawy policzek wskutek rykoszetu. Pierwsza żywa istota pułku ranna w tej wojnie. Noc i pierwszy kontakt z wrogiem spowodował w niedoświadczonym oddziale niepewność i nerwowość. W późniejszych czasach w podobnym położeniu będzie się miało kilka oddziałów rozpoznawczych, które wyjaśnią sytuację. Młody oddział prędko się jednak uczył. Następnego dnia (8 września) bataliony pułku po pokonaniu zapór i wysadzonych mostów mogły się

ponownie połączyć pod Żmigrodem. Wymuszony w ten sposób nacisk na flankę powoduje zgodnie z planem ustępowanie nieprzyjaciela na wschód, tak że musi on opuścić dominujący obszar wzgórz Magury. Wierna myśli wyprzedzającego pościgu dywizja tworzy teraz, pod dowództwem podpułkownika Wintergersta, improwizowany oddział wysunięty z pojazdami mechanicznymi, który jest formowany ze wszystkich rodzajów broni w oddział szturmowy i w dwóch grupach pościgowych pędzi ku celowi, którym jest Lwów. Potem ta jazda zostanie nazwana „Jazdą szturmową na Lwów”, ulubionym dzieckiem generała-majora Küblera, której jest on duchowym ojcem i której wlał swoją szturmową duszę. Za kolumną szturmową postępowały w kurzu i pocie pułki w szybkich marszach. 98 pułk strzelców górskich stoczył pod Duklą i Równem krótkie potyczki, 99 pułk strzelców górskich szturmował wzgórza Rymanowa, gdzie potem 100 pułk strzelców górskich pod dowództwem pułkownika Utza, przy współudziale działa przeciwpancernego kompanii porucznika Weckera, zlikwidował pozostałe nieprzyjacielskie punkty oporu w płonącej miejscowości. Wówczas dowiedzieliśmy się z radia o przystąpieniu do wojny Anglii, co pozostawiło w nas złe przeczucia. Rozszerzenie do wojny na dwa fronty, czego chciało się uniknąć, było przez to przesądzone. Pod Sanokiem oddział wysunięty, po krótkiej potyczce ogniowej, tworzy przyczółek po drugiej stronie rzeki o tej samej nazwie23 i trzyma go aż do przybycia pułków (10 września).

Chrzest ogniowy w Polsce

(spisane na kwaterze w Eifel w 1939 r.)

przez kolegę Helmuta Logesa, Bad Wörishofen

Także my młodzi żołnierze 1 Dywizji Górskiej, którzy byliśmy w drodze z gór Słowacji naprzeciw granicy Polski, oczekiwaliśmy tego pierwszego pozdrowienia z innego świata, świata bezkompromisowej rzeczywistości. Jako pewne przeczuwaliśmy, gdy na górze zapadło rozstrzygnięcie o wojnie i pokoju, że brama do „kraju z którego nie powrócił żaden wędrowiec” zostanie otwarta.

Domyślaliśmy się tego, ale kto był w stanie stworzyć obraz rzeczywistości, którą znał tylko z opowieści i książek pokolenia Wielkiej Wojny. Nie obciążeni zbytnio uprzedzeniami, ale także niemało ciekawi, podążaliśmy w stronę „chrztu ogniowego”. Było w tym trochę zuchwałej ciekawości młodości, która samemu chce wystawić śmierć na próbę.

Pisane 7 września brzemiennego w skutki 1939 roku. W Zborovie24, małej słowackiej wiosce niedaleko granicy, jest jeszcze noc ciemna choć oko wykol. Nic dziwnego, zegar na wieży wybił dopiero co czwartą. Maszerujemy już pół godziny. Skarpety wystające z naszych butów górskich i nasze muły25 kontrastują ze ścianami domów. Tu i ówdzie z okien i drzwi wyglądają z mieszaniną strachu i zaciekawienia ludzie. W szarych szeregach maszerujących słychać rozmowy, przekleństwa, śmiechy, muły ryczą, koła wozów skrzypią. Pomimo nocy i skromnego śniadania jest się przeważnie dobrej myśli, gdyż po trwających dnie marszach w palącym słońcu przez trudne do pokonania góry powinno się teraz w końcu dojść do granicy, nareszcie wkroczyć do Polski. W prawie niekończących się serpentynach wije się w górę wstęga drogi... Nižnia Polanka, ostatnia słowacka wieś, zostaje osiągnięta, uboga górska wieś. Słońce błyskając nad górami wspinało się na niebieski firmament, jakby chciało uwolnić już nadzwyczajność tego dnia. Kurz, biały, drobny, wapienny kurz drogi wnika do oczu, nosa i gardła. I sięganie po manierkę staje się coraz częstsze. Ciągle jeszcze serpentyny, wydają się żywe przez całą dywizję. Niekończąca się wstęga żołnierzy, zwierząt i pojazdów, okryta delikatną szarą chmurą. Nad nami lotnik wykonuje swoje kręgi; krzyż na skrzydle jest dobrze widoczny. Stwierdzamy to ze spokojem. Tak, ci tam na górze mają dobrze, pozwalają silnikowi maszerować za siebie. My tu na dole pocimy się, jęczymy i narzekamy [...]. Narzekamy na plecak, maskę przeciwgazową, zbędne guziki mundurowe, motor, który pędzi obok, na poprzednika z za krótkim krokiem. Ale narzekanie jest dobre. Odciąża bagaż psychiki...

Wrześniowe słońce pali niemiłosiernie, gdy nareszcie docieramy na wzniesienie. Spojrzenie do tyłu na zielone fale lasu i góry na południu. Przyjazny kraj zostawiamy za sobą i niespodziewanie, zanim uświadomiliśmy sobie znaczenie chwili, uczyniliśmy pierwszy krok w obcym, wrogim kraju. Na lewo i prawo na ziemi biało-czerwone tarcze z orłem z rozpostartymi skrzydłami, domek graniczników, zniszczony szlaban leży na skraju drogi.

Tu więc musi zaczynać się wojna, myśli się. Ale nic takiego. Spokojny jesienny krajobraz [...] rozpościera się przed naszymi oczami, wzgórze, las, prawie jak u nas w rodzinnych stronach. Obok na kamieniu kilometrowym „5” – już pięć kilometrów na polskiej ziemi i nic...

... wtem gdzieś nad naszymi głowami gwiżdże „wui-wui”. Osobliwy świergot „ptaszka” z lasów przed nami. Szybciej niż na łące w Reichenhall wciągnęliśmy muła do przydrożnego rowu. Tak zaczyna się zatem, jako to się nieco poetycko określa, „chrzest ogniowy”. Ktoś krzyczy: „Jeden muł oberwał!” Rzeczywiście jeden z naszych mułów został trafiony w pysk, bardzo krwawi i ryczy wniebogłosy, biedne zwierzę. Kto mógł mu brać za złe, skoro wcale nie był przygotowany na chrzest ogniowy... Pierwszy ranny dywizji – muł. Los żartuje w szczególny sposób. Podczas gdy my stoimy i czekamy, słyszymy za nami wystrzały haubic i wkrótce potem na skraju lasu w przedłużeniu trasy przemarszu wznoszą się białe kłęby dymu prawie jak małe grzyby. Raz dwa i „ptaszek” w lesie przerwał gwizdowe preludium26. Nasza kolumna powoli znów maszeruje, wahając się, ostrożnie. Przechodzimy obok zapór z drzew, które już są przesuwane przez saperów na skraj drogi, obok kilku pozornie opuszczonych zagród.

W szeregach po prawej i lewej stronie drogi maszerujemy długo i przez szerokie leśne doliny. Nic się nie dzieje, żadnego więcej oporu po pierwszej potyczce. Szeroki, wznoszący się na północy grzbiet górski, porośnięty wysokim lasem, wydaje się zamykać dolinę, którą maszerujemy27. Według mapy u jego stóp leży wieś o nazwie Krempna. „Jeśli Polacy nie zagnieździli się tam na górze, to cała wojna nie idzie moim zdaniem właściwie. Z tych wzgórz można panować nad doliną”, mówi jeden z nas. I rzeczywiście nie musimy długo czekać. Nagle zaczyna się polski koncert28. Szpica batalionu skacze kryjąc się na lewo i prawo od drogi. Otrzymujemy rozkaz szukania osłony za stodołą. Tu czekamy z mułami na zapadnięcie ciemności.

I to będzie nadzwyczaj iluminowana noc. Polacy oblali naftą i podpalili wielki drewniany most. Jak wielka pochodnia oświetla on dolinę, małe bielone wapnem domy i zbocza gór. Niesamowicie wspaniała sceneria dla uroczystej ceremonii naszego chrztu bojowego. Flegmatyczny terkot polskich karabinów maszynowych miesza się z szybkim, skocznym „Trrr, Trrr” naszych, bulgotaniem szybujących wysoko nad nami granatów, ich błyszczących uderzeń i trzaskiem płonących mostowych belek w budzącą grozę nocną muzykę.

Batalion jest szeroko rozrzucony kompaniami i zajmuje pozycję na zboczach gór. Leżymy w wąskiej niecce przed potokiem29 jeszcze w zasięgu światła mostowej pochodni, plecaki użyte jako ochrona przed twarzą. Przed sobą w potoku widzimy skaczące miejsca po uderzeniach pocisków, także ponad naszymi głowami od czasu do czasu nieprzyjemnie gwiżdże. Strzelać samemu nie ma sensu, ponieważ poza słabym płomieniem wylotowym karabinów maszynowych nie można rozpoznać celów. Na lewo obok mnie siedzi w kucki polski rolnik. Zabraliśmy go i jego wózek pod drodze do transportu naszych plecaków. Teraz siedzi skulony tam, biedny facet, mamrocząc coś niezrozumiale, w niezamierzonym chrzcie ogniowym, o którym dzień wcześniej z pewnością nie mógł śnić.

Daleko na drugim brzegu potoku przy jednym z pierwszych domów Krempnej sztab zatknął swój zielono-czarny stojak. Gońcy pokonują obok nas głęboki do kolan potok, dysząc bez tchu, za nimi serie pocisków siekają wodę. Leżymy w bezczynności, cholera, za ochroną naszych plecaków i pozwalamy ogniowi chrztu gwizdać nad naszymi głowami. To nocne piekło w sielankowej leśnej dolinie Karpat prześlizguje się obok nas prawie jak przedstawienie.

Jak byliśmy zagrożeni, dowiedzieliśmy się o wiele później, gdy widzieliśmy padających obok nas własnych towarzyszy broni. Nad potokiem w Krempnej jest tylko zdziwienie i młodzieńcza beztroska oraz zniecierpliwienie, że nie można odpowiedzieć ogniem. Jako niezapomniane wryły się w pamięć obrazy nocy, mostowa pochodnia, świetliste ślady komet na nocnym niebie, siekany pociskami potok i wielodźwiękowa melodia zniszczenia, niezapomniana całość, ta preambuła na następujące sześcioletnie drogi naszej dywizji.

Gdy ogień Polaków umilkł, otrzymaliśmy rozkaz, by zebrać się za stodołą. Obok naszych poczciwych mułów kładziemy się na zasłużony odpoczynek. To będzie tylko krótki sen, ponieważ Polacy nocą opuścili swoje pozycje, a dla nas oznaczało to pościg za nimi.


Ciągnęliśmy na Polskę. Wspomnienia wojennych czynów VII Korpusu

Gros dywizji 7 września we wczesnych godzinach rannych przekracza polską granicę w Polance Niżnej, aby pójść w kierunku pn.-wsch. na Żmigród, gdzie połączyło się 8 września z pozostałą częścią dywizji.

POLSKI SPOSÓB (KREMPNA, DUKLA)
Słabe siły polskie zostały odrzucone z marszu i wydaje się na razie, że również dalej na polskim terytorium będzie można szybko maszerować. Jednak wkrótce mogliśmy poznać polski sposób prowadzenia wojny.

Nagle z przodu zatrzymują się. Szybka praca pionierów usuwa zaporę z mocnych pni ułożonych na stos, przygotowaną od dłuższego czasu. Przed zaporą „wyłowiono” z drogi dużą liczbę małych min talerzowych. Od teraz ciągle wysadzone mosty, zawały na drogach i znów miny, co dzięki wytężonej pracy naszych pionierów nie bardzo przeszkadza w działaniu.

Po południu maszeruje batalion wąską doliną, my jako kompania wsparcia w środku. Dają się już we znaki głód, pragnienie, upalny dzień i przede wszystkim kurz nie mniejszy niż w poprzednich dniach. Strzelcy i juczne zwierzęta są szarzy jak sama droga. Kurz, kurz. Wróg, który ucieka przed nami musi wkrótce zostać dopędzony i musi – rad nierad – zatrzymać się.

Rozpoznanie wykazało, że przeciwnik zajął przygotowane stanowiska za miejscowością Krempna i tam chce nas powitać przy wychodzeniu z doliny.

Ciężka broń otrzymuje odpowiednio wcześnie rozkazy bojowe do wsparcia ataku wprowadzonych do akcji plutonów strzeleckich. Teraz widocznie przebudził się Polak, gdy już z dalszej odległości wita nas ogień karabinowy. Punktualnie o porze rozpoczęcia ataku pojawia się czar ognia wszystkich naszych luf. Przeciwnik obdarował nas porządnym gradem kul. Ku naszemu wielkiemu żalowi spostrzegamy teraz, że Polak podpalił solidny stumetrowy drewniany most, przerzucony nad biegnącym w naszą stronę strumieniem. A więc naprzód – do wody!

Tymczasem zrobiło się zupełnie ciemno, tylko płonący most rzucał słabe, upiorne światło. Pęd i wściekłość na tchórzliwy sposób walki Polaków pozwoliły – mimo ciemności – pokonać strumień, leżący wciąż jeszcze pod silnym polskim ogniem. Miejscowość prawdopodobnie oczyszczono z polskich oddziałów. Patrole rozpoznawcze były aż na tamtym brzegu.

Ale już z kierunku domów dostajemy nowy grad kul.

Mimo ciemności każę iść na stanowiska i meldować o wynikach obserwacji, czy dobrze trafiamy. Robi się również rzeczywiście ciszej i po krótkiej chwili przychodzi rozkaz: „Stać, atak nastąpi o świcie!”

Noc w okopach, wysłani po jedzenie idą do tyłu w stronę kuchni polowych. Ubezpieczenia wystawione. Tymczasem dowiaduję się także, skąd wziął się ogień z miejscowości – mieszkańcy byli uzbrojeni i w ten sposób wzięli udział w walce. Polscy żołnierze pozostali w miejscowości, włożyli cywilne, chłopskie ubrania i strzelali do nas. Teraz nasza złość nie zna już granic. No, jutro rano będziemy już te typy wyciągać z okopów.

Wstaje dzień. Całe towarzystwo wyfrunęło, wszystko oczyszczone. Kilku zabitych – pierwsi polscy żołnierze, jakich widzimy – to rezultat natarcia.

Nowy rozkaz: „Batalion zebrać się – marsz!”
250 KILOMETRÓW W CZTERY DNI

8 września, 10 rano. Dywizja utworzyła zmotoryzowaną grupę pościgową pod dowództwem jednego z pułkowników. Silne oddziały zmotoryzowane zostały formalnie wydobyte spod ziemi. Strzelcom zmotoryzowanym przydzielono motocykle osłony, działa przeciwpancerne, działa przeciwlotnicze, pionierów, radio i – po raz pierwszy – ciężką artylerię.

Strzelcy zmotoryzowani depczą wrogowi po piętach, pędzą go w dosłownym znaczeniu słów. Pędzą pośród niego, obok, odcinając mu drogę – i pędzą w następnych czterech dniach aż pod mury Lwowa! Wróg już nie doszedł do siebie. Pod osłoną własnych, gęstych tumanów pyłu szturmuje niepowstrzymanie kolumna pojazdów. Wróg uważał je za czołgi i samochody pancerne – mówili jeńcy – i dawał drapaka zawsze, kiedy jeszcze mógł.

ODDZIAŁ POŚCIGOWY – WSIADAĆ! (Dukla, Rymanów)

Wczoraj, 8 września wieczorem, wzięliśmy po gwałtownym boju Duklę. Noc ukazywała zwykły obrazek: dalekie odgłosy walk i na horyzoncie płonące wsie. Teraz jemy na śniadanie rosół. Wspaniały ten rosół, nie do uwierzenia, że na polskim kurczęciu można ugotować taki fajny rosół! Chwała kucharzom. Rozkaz: „Oddział pościgowy do maszyn!” Stać, jeszcze szybko odrobina dobrze usposabiającej mocnej kawy!

W zwykłej jeździe w kurzu osiągamy o 14.30 teren około dwóch kilometrów od Rymanowa, małego miasteczka, leżącego nieco wyżej. Nasza kolumna pojazdów zatrzymuje się. Ciężka artyleria zaczyna już ostrzał miejscowości zajętej przez wroga. Z uczuciem rozkoszy obserwowaliśmy działanie 15-cm granatów. Tam, gdzie dopiero co błyszczał w słońcu czysty dach fabryki obsadzonej przez karabiny maszynowe, tam oto po sekundach sterczały w powietrzu już tylko ruiny.

Nasz dowódca kompanii wraca od komendanta, informuje nas o położeniu npla i podaje rozkaz. Samolot rozpoznawczy leci krótkim łukiem nad miejscowością i przedpolem, powraca do miejsca zrzutu meldunków i zrzuca swój meldunek. Po kilku minutach ciężka artyleria otwiera ogień na podane cele.

„Przygotować się do ataku!”

Zaledwie podnieśliśmy się i rzucili naprzód, jak stada szpaków zaświergotały nad nami strzały wspierających nas ciężkich karabinów maszynowych. Obserwatorzy artylerii rozpoznali teraz całą nieprzyjacielską linię obrony, gdyż nad nami zasyczały roje 15-cm granatów. Z dokładnością do metra uderzyły ciężkie pociski w wygiętą w półksiężyc linię obrony przeciwnika. Ostatnie grupy nieprzyjaciół próbują uciec przed ogniem artylerii, ale strzały z naszych karabinów są szybsze niż uciekający Polacy, choć ci potrafią bardzo szybko biec. Po krótkim rozpoznaniu wdarliśmy się do miejscowości [...].

Droga jest wolna!
„Oddział pościgowy wsiadać!” Jedziemy dalej.

Już po kilku minutach wmaszerowują szpice naszego pułku do właśnie oczyszczonego przez nas miasteczka.
„JESZCZE DZIŚ WIECZOREM NAD SANEM!” (Krosno, Sanok)

Rymanów wzięty. Gros oddziału pościgowego zbiera się na rynku. Miasto pali się w różnych miejscach jasnym płomieniem; wszędzie gruzy, porozbijane domy, zwisające druty telefoniczne; artyleria wykonała całą pracę.


Autor serdecznie dziękuje Podkarpackiemu Towarzystwu Historycznemu w Krośnie za zgodę na opublikowanie tłumaczenia fragmentu „Wir zogen gegen Polen” z IV tomu „Dziejów Podkarpacia” oraz reprodukcję zdjęcia przedstawiającego walki o Rymanów.


Opracował: Paweł Kukurowski

Artykuł został pierwotnie wydrukowany w roczniku "Magury 2010"