Choć idea wysokogórskiej wyprawy z użyciem wyłącznie ekwipunku, wyposażenia i umundurowania niemieckich wojsk górskich z lat 30-tych "chodziła" za mną już kilka lat, było to marzenie raczej z kategorii zupełnej abstrakcji. Skala przygotowań, ćwiczeń fizycznych i sprawnościowych, logistyki, oraz skompletowania epokowego sprzętu, który byłby sprawny na tyle, by powierzyć mu swoje zdrowie i bezpieczeństwo na wysokościach, wydawał się nie do pokonania. W 2009 roku nawiązaliśmy kontakt z pasjonatem wspinaczki wysokogórskiej i jednostek górskich ze Szwajcarii. Bruno, bo tak ma na imię, był jeszcze bardziej "zarażony" tematem takiej wyprawy, a i w ramach Grupy znalazło się kilka osób, które chciałyby się podjąć takiego wyzwania. W międzyczasie pomysł zaczynał przechodzić z fazy koncepcji w ramowy plan oraz zaczęło się zgłaszać coraz więcej chętnych osób nie tylko z Europy, ale z Nowej Zelandii, czy Stanów. No cóż, teraz nie wypadało się już wycofywać ;)

Stricte Polską "delegację" ostatecznie stanowiły 3 osoby, włączając w to mnie i była to największa reprezentacja pojedynczego kraju na tegorocznej edycji Projektu (z Sebastianem 3,5 osoby, bo mieszka i pracuje w UK więc liczymy po pół ?). Gdy skład członków unormował się i opadły pierwsze emocje, poprzez dedykowane Forum ustalaliśmy poszczególne standardy i okres czasowy, z którym chcieliśmy się zmierzyć - wspólnie podjęliśmy decyzję o ustaleniu ram czasowych na 1939 rok, na okres przed wybuchem II wojny światowej. Wspólnie zdecydowaliśmy, że zmierzymy się ze szczytem LaMeije we francuskich Alpach Delfinackich. 4000m n.p.m. jakieś 2200km od ukochanej Polski :)

Przez następny rok mozolnie uzupełnialiśmy braki w sylwetkach alpinistycznych na ten okres czasowy oraz przygotowywaliśmy się fizyczne. Zapewne kilka czekanów, plecaków, raków wspinaczkowych, które uciekły na Allegro niektórym z czytających mieliśmy ze sobą ;). Wiele rozmów telefonicznych, wiele walk o urlop w pracy, czy wypadki losowe jak np. operacyjny uraz nogi jednego z kolegów na około 2 tygodnie przed wyjazdem i zastąpienie go przez innego członka Grupy, planowanie trasy, przeliczanie winiet, naprawa samochodu, którym mieliśmy jechać (prócz legendarnego już w pewnych kręgach sprzęgła ;]) - no cóż, udało się pokonać wszystkie, a to tylko kilka z nich które najlepiej zapamiętałem.

Uczucia, gdy 6. lipca wsiadłem do spakowanego dzień wcześniej samochodu, nie zapomnę nigdy. Rozpoczęliśmy naszą podróż - Frysztak-Krynica-Kraków-Zgorzelec-Drezno-Stuttgart-Mulhouse-Lyon-Besancon-La Grave. W Niemczech, w okolicy Drezna złapaliśmy pierwszą stację z jakąkolwiek muzyką - leciało Dire Straits "Walk Of Life". O tak, pasowało jak najbardziej ;]

Na miejsce dotarliśmy 7. lipca w godzinach nocnych. Dzięki GPS-owi jechaliśmy około 30 km na wysokości pomiędzy 2200 m do 2,642 m n.p.m poprzez Col du Galibier. Gdy wysiadłem miałem nogi jak z waty i dziękowałem Bogu, że jechaliśmy nocą i nie widzieliśmy dna ;]



Na miejscu spotkaliśmy Bruna, który jako osoba "lokalna" zajął się rezerwacją pola namiotowego, pozwoleniami od żandarmerii i całą logistyką na miejscu oraz kierował nas telefonicznie podczas ostatnich kilometrów trasy. Po przyjeździe, w egipskich ciemnościach rozbiliśmy namiot (rano okazało się, że tropik jest spodem na wierzch ;D), porozmawialiśmy z Brunem i zasnęliśmy snem kamiennym.

    


Poranek:

 

 


Rano okazało się, że na miejscu jest już Albert z żoną i córką z Hiszpanii, Patrick Kiser z USA, a za 2 h pociągiem z Anglii trafi do nas Sebastian.

 


Okazało się, że Niemcy nie dadzą rady dojechać i tym sposobem zostało nas siedmiu na tyle szalonych, by zmierzyć się z LaMeije. O ile podczas pierwszych kilometrów trasy dzień wcześniej już w cieniu dumnych Alp widziałem po Mariuszu i Arturze, że to nie to, co Nasze ukochane Bieszczady, i miny mieli niewąskie, to sam twardo starałem się podtrzymywać morale. Teraz mogę się przyznać, że i ja miałem pewne obawy czy damy radę ;]

Od samego rana zaczęliśmy przygotowywać ekwipunek i sprzęt do wyjścia - jako że wyposażenie i umundurowanie wspinaczkowe daje okazję do zrezygnowania ze swastyk i symboliki III Rzeszy, już wcześniej ustaliliśmy, że skorzystamy z tej furtki, by nie prowokować niepotrzebnych spięć, a bluzy mundurowe i czapki górskie schowamy w plecakach do czasu osiągnięcia wysokości, na które normalni ludzie nie wychodzą ;)

Dzień przed próbą podejścia na LaMeije postanowiliśmy próbnie wyjść na 1800 m i przejść tam niezbędne szkolenie. Przy śniadaniu, i po przyjeździe Sebastiana wszyscy już się dobrze znali, a z Albertem wspominaliśmy poprzednie wyjazdy Grupy do Hiszpanii na jego zaproszenie.

Około południa wyruszyliśmy w pełnym ekwipunku i przeprowadziliśmy całe szkolenie, wywołując pierwsze baaardzo pozytywne reakcje turystów i mieszkańców La Gravelot. Ludzie gratulowali zapału i dziwili się, że ktoś może być na tyle zwariowany by przejechać całą Europę, cofnąć się o 70 lat i próbować pokonać Alpy. Co oni się tam znają? ;]
Patrick przywiózł ze Stanów oryginalną, działającą kamerę z epoki i całe spektrum przeźroczy do swojego aparatu, więc skorzystaliśmy, by prócz ćwiczeń uwiecznić też niezapomniane widoki nawet na tej wysokości oraz gry i zabawy dużych dzieci ;)

 


Z widokiem za naszymi plecami mieliśmy się zmierzyć na następny dzień.

 

 

 

 

 

 

 

Po odpoczynku i opatrzeniu pierwszych urazów stóp zeszliśmy do podnóża i tutaj czekała nas pierwsza niespodzianka. W przepięknej scenerii wodospadu, Bruno zgotował dla nas tradycyjny poczęstunek oraz powitalne piwo schłodzone u stóp wodospadu. Butelka z moim rekonstrukcyjnym aliasem stanowi dziś jedną ze wspanialszych pamiątek, jakie zebrałem przez kilka lat wyjazdów i rekonstrukcji. 


 

 

 

 

 

 

 

 

Po powrocie na pole namiotowe każdy w skupieniu pakował i przygotowywał swój ekwipunek na danie główne dnia następnego - LaMeije. Na 2000 m n.p.m. nie zamówisz pękniętej szelki nośnej plecaka na Allegro, jeżeli chcesz pokonać pokrywę śnieżną powyżej 2200-2300 m n.p.m. lepiej żebyś umiał dobrze przymocować swoje raki paskami, które nie pękną, chcesz coś zjeść - spakuj to i lepiej żeby nie miało nieepokowego opakowania lub etykiety, chcesz by było Ci ciepło - miej odpowiednie ubranie...

Po upewnieniu się, że jesteśmy gotowi na następny dzień i sprawdzeniu prognozy pogody na informacji, czekała nas bardziej rozrywkowa część wyprawy. Patrick obchodził swoje 50-te urodziny

 

 

Po zaanektowaniu urodzinowego, czekoladowego ciasta i kilku kuflach zimnego piwa wszyscy położyli się spać.

Następnego dnia, po podróży ku podnóżu LaMeije, wypakowaliśmy sprzęt i w skupieniu sprawdzili każdy-każdego przed wyruszeniem.

 

 

7. uczestników Projektu Edelweiss 2010, u podnóża LaMeije, Francja.

Sama podróż w górę jest nie do opisania - smak wody z górskiego wodospadu, kolektywne spożywanie brzoskwiń z puszki i hektolitry wylanego potu. Ja osobiście zostałem kompletnie spalony słońcem, a do tego trzykrotnie podczas pokonywania pokrywy śnieżnej, pod którą płynęła woda z gór, noga wraz z rakiem przebiła cienką warstwę śniegu i musiałem suszyć buta "w marszu". Jak już pisałem - tego trzeba po prostu doświadczyć, naprawdę niezapomniane przeżycia.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po dotarciu na szczyt byliśmy totalnie wykończeni. Osiągnęliśmy wysokość ponad 3000 m n.p.m., a widok zapierał dech w piersiach.

Postanowiliśmy przygotować miejsce na nocleg nim się ściemni i zjeść coś przed snem. Noce na tej wysokości bywają mroźne ;). Nim położyliśmy się spać, miało miejsce wręczenie odznak sportowych dla uczestników i mała impreza urodzinowa. Piszący te słowa w dniu zdobycia szczytu kończył 26 lat i były to chyba najwspanialsze urodziny, jakie miałem. W prezencie otrzymałem komplet guzików z szarotkami na czapkę górską - czy można chcieć od życia czegoś więcej?

 

Przed zmrokiem zdążyłem też spełnić jeden ze swoich celów, które postawiłem sobie przed wyjazdem. Polska flaga załopotała na szczycie!

 

Zdążyliśmy także wykonać kilka zdjęć w umundurowaniu nawiązującym do wojskowych wypraw górskich tamtych czasów:


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Sądzę, że każdy przed snem modlił się o dwie rzeczy - brak lawiny i brak deszczu - a przynajmniej ja tak zrobiłem ;)

 

 

Po przebudzeniu, około 4:00 rano, śniadanie zjedliśmy przy przepięknym wschodzie słońca:

 

 

 

Nie to nie wybuch nuklearny, ale wschód słońca w górach :)

 

Potem jeszcze tylko herbata/kawa gotowana na kocherze, zajęcie się obtarciami z dnia poprzedniego i można powoli wstawać


 

 

 

 

 

 

No cóż - proza życia ;]

 

Zejście:


 

 

 

 

 

 

 

Część trasy powrotnej pokonaliśmy zjeżdżając po lodowcu, kierując prędkością i kierunkiem zjazdu wbitym w śnieg czekanem. Poniżej przygotowania do zjazdu.

 

Bez gogli przeciwsłonecznych, po góra 30. minutach na lodowcu, nie dałoby się patrzeć z powodu refleksu słońca. Naprawdę zdają egzamin :)


 

 

 

 

 

W drodze powrotnej byliśmy wszyscy na równi zmęczeni i szczęśliwi. Spotkani po drodze turyści, jak i ludzie na parkingu nie mogli uwierzyć, że doszliśmy tam w wełnianych spodniach, butach ważących ponad 2,5 kg sztuka, z czekanem zamiast kijków trekingowych i plecakami ważącymi ponad 20 kg. Gwarantuję - da się, a wrażenia są niezapomniane ;)

Po powrocie na pole namiotowe otworzyliśmy szampana i spałaszowaliśmy wszystko, co tylko Marta i Mariona ugotowały ;). Albertowi i Brunowi tak spodobały się nasze koszulki Grupowe, że byliśmy zmuszeni dokonać tradycyjnej wymiany międzypaństwowej.

 

 

Marta, Mariona - raz jeszcze dziękujemy za aprowizację podczas wyprawy!

 

Jeszcze tylko jedno piwo przed wyjazdem - we Francji jest 0,7 promila dozwolone więc bez strachu ;)

 

 

No i cóż - za rok widzimy się w Szwajcarii...

Serdecznie chciałem w tym miejscu podziękować wszystkim uczestnikom Projektu tj. Albertowi, Bruno i Sebastianowi, ale najbardziej Mariuszowi i Arturowi z "naszej" KG Edelweiss. Wiecie za co ;)

P.S. Uwierzcie lub nie, ale w drodze powrotnej w Niemczech zaraz po przekroczeniu granicy z Francją radio złapało... Dire Straits "Walk Of Life" ;)


Michał "Yuri" Jurasz


Wstecz