Lenk 30.05.2012 15.00

 

O godzinie 11.20 dotarliśmy do punktu zbornego. Przebyliśmy 1800 km w blisko 24 h z kilkoma przerwami na odpoczynek w trasie . Podróż przebiegła w miarę bezproblemowo – „wesołym” akcentem była kontrola celna na granicy Szwajcarskiej, połączona z krótką prezentacją sprzętu wspinaczkowego z lat 30-tych XXw oraz wyjaśnianiem celu wyjazdu. Poszerzające horyzonty chwile można jednak doświadczyć w najmniej spodziewanym momencie. Na granicy austriacko-niemieckiej do kilku nowoukutych „złotych myśli” wyjazdu trafił gadżet zwany przez autochtonów Travel-Pussy do kupienia w każdej stacji benzynowej. Zaiste pomysłowość naszych zachodnich sąsiadów wydaje się nie mieć granic 

Krótko po przekroczeniu granicy austriacko-szwajcarskiej naszym oczom ukazał się zaiste przepiękny widok na helwecką część Alp. 

 

Od tego momentu wszelakie dyskusje niezwiązane z tematyką około górską nie miały już prawa bytu. Ostatnie 100 km trasy przebiegło nam na podziwianiu alpejskich szczytów oraz przepięknej, tradycyjnej zabudowy rolniczej regionu. Uwagę zwraca tutaj niemal całkowity brak jakichkolwiek reklam, nie tylko wielkich, przydrożnych plansz, ale nawet mniejszych ich wersji. 

 

Po dotarciu do miejscowości docelowej i krótkim zwiadzie bojem, mieliśmy czas i sposobność przyjrzeć się naszemu docelowemu „pagórkowi” – robi wrażenie i zdecydowanie budzi respekt. Po przypadkowym spotkaniu Czechów i Słowaków udaliśmy się na miejsce kempingowe, by poznać się lepiej, nie ukrywam – podejrzeć sprzęt „konkurencji” z innych krajów ;p i wznieść toast za wspólne spotkanie „górskiej braci”. 

 

 

Następnym krokiem było sprawdzenie sprzętu, przepakowywanie i „rozbijanie obozu”. Naprawione umiejętnie buty górskie, dobrze spakowany plecak, wystarczający zapas jedzenia i wody to podstawowe i jedne z najważniejszych kwestii w górach.

 

W międzyczasie zaczęli pojawiać się Hiszpanie, Szwajcarzy, Francuzi i Włosi. Obecnie czekamy już „jedynie” na Kanadyjczyków, Niemców i Ukraińców i będziemy w komplecie. Obozowisko zaczyna nabierać międzynarodowego charakteru, gdyż zapoczątkowany przez nas zwyczaj oznaczania swoich obozów proporcami kraju pochodzenia szybko znalazł kolejnych naśladowców. My na szczyt wnosimy m.in. oryginalny proporzec Wojska Polskiego z okresu IIRP i mówiąc szczerze jest to jeżeli chodzi o „wagę” przedmiotu najdroższy nam element wyposażenia. 

 

Na przemian słychać rozmowy w przeróżnych językach choć muszę przyznać, że Słowianie rozumieją się „w lot” bez używania oficjalnego języka Projektu – angielskiego. Stanowimy ponad 50% „składu osobowego” i ewidentnie to słychać.

Aktualnie wszyscy udajemy się przygotować racje żywnościowe, zapałki, baterie itp. Niezbędne przedmioty w zgodzie z „duchem epoki”. W obozie pozostały dwie osoby pilnujące sprzętu i samochodów, bo z każdą wystawiony na widok publiczny zabytkowy sprzęt wspinaczkowy wzbudza, żywe zainteresowanie turystów.

 

Dziś pogoda jest piękna, niemniej jutro mają w trakcie pierwszego etapu padać bardzo mocne deszcze, więc o ile zrezygnujemy prawdopodobnie z rakiet to zelty zostaną mocno przetestowane i trzeba będzie uważać na każdy krok w górach. Dodatkowe manewry armii szwajcarskiej w regione, ciężarówki pełne wojska i nieustanne przeloty F-16 nad naszymi głowami są kolejną nieplanowaną atrakcją wyjazdu. Żartujemy, że może to mieć związek z opóźnieniem przyjazdu ukraińskich kolegów, ale podobno są już na granicy niemiecko-szwajcarskiej, więc – odpukać – nie powinno im już nic stanąć na przeszkodzie. Celników już „oswoiliśmy” więc mają ułatwione zadanie.

 

Dziś jeszcze „introduction dinner” w przepięknej restauracji „w klimacie” dla nowych uczestników i grzecznie udajemy się do spania, bo jutro pobudka ok. 6.25, a widzę, że bracia Słowianie mogą nam skutecznie przeszkodzić w planowanej pobudce.

 

Życzcie szczęścia i „do przeczytania” w pierwszym miejscu noclegowym na naszej trasie . Mamy mobilną łączność 3G, więc pozwolimy sobie ponownie Was zanudzać