Relacja na szybko z lokalnego McDonaldsa, nim wyczepie sie nam 'happy hour' internetowe:

 

Lenk 30 V 2012

 

Wczoraj w godzinach wieczornych dołączyły w kolejności Kanada, Niemcy i Ukraina – jesteśmy więc w komplecie. Po ustaleniu grafiku i planu na dzień następny wszyscy udaliśmy się spać, każda wszak przespana godzina w górach ma wymierną wartość w złocie. No dobrze, nie będę Was kłamał – z Czechami, Słowakami i Ukraińcami przed snem wznieśliśmy jeszcze toast za powodzenie wyprawy. Tylko jeden i tylko w celach medycznych – alkohol w symbolicznej dawce „dzień przed” zapobiega zatruciu przy nadmiernym korzystaniu z górskich źródeł, szczególnie jak pije się wodę wprost ze źródła, zamiast „łamanej” z przyniesioną ze sobą w skali „pół na pół”.

Przed snem otrzymaliśmy kiepską wiadomość – ma mocno padać w dniu następnym. Ma to dobre i złe strony. Dobre – obejdzie się bez rakiet śnieżnych, bo pokrywa będzie mokra i zbita. Zła część – trzeba naprawdę dokładnie zabezpieczyć wszystko co ma się w plecaku, a najbardziej liny. Używamy w 90% zgodnych z ówczesnymi lin, naturalnych, plecionych, niemniej te po zmoknięciu mają tendencję do zrywania się. Jeżeli nie zabezpieczy się swetra, zapasowych skarpet itp. To będą one tylko dodatkowym, bezużytecznym ciężarem do wniesienia. Więc wszyscy przed snem w dużej mierze byli zmuszeni przearanżować ułożenie plecaków. Na koniec dnia od Pedra z Hiszpanii dostałem w prezencie piękną hiszpańskojęzyczną pozycje o Błękitnej Dywizji „El Servicio de Intendencia de la Division Azul. La Vida Cotidiana de los Expedicionarios 1941-1943”. Kurcze – widocznie naprawdę zapamiętał naszą rozmowę 3 lata temu na pierwszym Projekcie o hiszpańskich „expedicionarios” i moim do nich afekcie. To ewidentnie jedna z tych chwil, które potwierdzają że wybór piechoty górskiej jako tematu rekonstrukcji był jedną z lepszych decyzji i ze nawet wśród obcych sobie teoretycznie ludzi, którzy widują się raz w roku, na co dzień mieszkając tysiące kilometrów od siebie, może istnieć rekonstrukcyjna wersja „kameradschaftu” panującego wśród ówczesnych GJ.

 

Lenk 31 V 2012

 

Szwajcarskie prognozy pogody są podobne do polskich i spełniają się tylko częściowo. W nocy około 2.00 obudziło nas potężne dudnienie w dach samochodu. Pierwszym skojarzeniem był grad, ale były to tylko naprawdę mocne opady deszczu. Pobudka 6.00, poranne pakowanie i przygotowanie do wyjścia upłynęło nam w deszczowej atmosferze i zdecydowanie szybko. Następnie przejazd na miejsce startowe i krótki „briefing” przed wyjściem. Jest 9.20 rano - startujemy!

 

Plan przewidywał niwelacje 700 metrów, tak by dotrzeć do WildhornHutte na wysokości 2303 m. n.p.m.. Po drodze odłączył się od nas jeden Hiszpan ze względów zdrowotnych. Po zaaplikowaniu niezbędnych medykamentów i krótkiej „obserwacji pacjenta” postanowiliśmy wspólnie, że da radę wrócić sam - do miejsca startowego i samochodów dzieliło nas około 150-200m. Tak więc z 20 osób zostało 19. Co gorsza – Hiszpan był kucharzem i miał przygotować w chatce ciepły posiłek. Nic, jak pech to pech, zostały zawsze suchary. Po pokonaniu około 100 metrów wysokości bezwzględnej naszym oczom ukazały się pierwsze zaśnieżone obszary – o wiele, wiele wcześniej niż sądziliśmy. Obowiązkowo gogle, lub górskie okulary na oczy i można kontynuować wędrówkę. Przerwy zarządzaliśmy wg. potrzeb poszczególnych drużyn, a planowane odbywały się w około półtoragodzinnych odstępach.

W trakcie jednego z postojów dodzwonił się do mnie PLAY z niepowtarzalną ofertą smart fonów, ale po opisie „pięknych okoliczności przyrody” w których mnie zastali, obiecali że zadzwonią kiedy indziej w takim razie. Z jednej strony ucieknij tu człowieku od cywilizacji, z drugiej – nie kłamali o tym ogólniedostępnym zasięgu. Jak miało się okazać nie był to ostatni „atak cywilizacyjny” na naszą wyprawę, ale o tym potem.

 

Po dotarciu na wysokość około 2200m n.p.m naszym oczom ukazał się ogólny zarys naszego tymczasowego miejsca obozowania – WildhornHutte. Wybudowana w 1929 roku, piękna klimatyczna górska chatka. W porównaniu z naszym zeszłorocznym noclegiem improwizowanym umieszczonym na grani, był to istny pięciogwiazdkowy GRAND HOTEL. Po pierwszym „zwiadzie bojem” i omówieniu podstawowych zasad korzystania z chatki w końcu mieliśmy około godziny czasu wolnego. Większość z nas zajęła się rozpakowywaniem i suszeniem mokrego ekwipunku, niemniej Polska wspólnie ze Słowacją za pierwszą i najważniejszą czynność uznali wspólnie oficjalną aneksję chatki i oznaczenie jej symbolami narodowymi poprzez zawieszenie flag na pobliskim maszcie.

 

Moment kiedy nad chatką załopotała flaga na co dzień wisząca na ścianie pokoju i którą miałem na każdym „szaleństwie” rekonstrukcyjnym, od spadochronach skoków po alpinistyczne wyprawy, był jednym z piękniejszych momentów nie tylko dla mnie. Nie rozpowiadajcie, bo wyjdziemy na mięczaków, ale nie tylko mnie się łza zakręciła w oku w tym momencie – to jedna z tych chwil kiedy w tle brakuje jedynie lecącej epickiej muzyki. 

 

Reszta dnia została poświęcona na przećwiczenie i opanowanie metody hamowania czekanem podczas niekontorolwanego upadku – bardzo przydatnej, znam temat z autopsji po zeszłorocznym Projekcie i ekspresowej niwelacji w dół około 150 metrów – oraz tworzenia drużyn linowych i techniki schodzenia z gór po pokrywie śnieżnej.

 

Po złożeniu obowiązkowym butów do suszenia – widok 19 par butów górskich w jednym miejscu jest bezcenny! – do 20.00 mieliśmy „czas wolny”. Czyli czas w którym trzeba przygotować się na atak w dniu następnym – 1000 metrów w górę i 1000 metrów w dół jednego dnia, około 8 godzin wspinaczki niemal w 80% cały czas po lodowcu. Podstawowa zasada – ważyć jak najmniej. Każdy pozbywał się dosłownie wszystkiego co cokolwiek waży i chodzi tutaj naprawę o dosłownie wszystko. Na bok poszedł pas, zegarek, zapasowe troki, latarka, racje żywnościowe to głównie czekolady, cukierki energetyczne, żadnych wielkich puch metalowych z jedzeniem, żadnym zapasowych skarpetek. Placak, około 2 litry wody, manierki lub inne pojemniki na wodę, raki, czekan i to wszystko – musi wystarczyć. Jak zapewne wie każdy kto był w górach wysokich każde „medium” jak prąd, woda jest mocno ograniczone. Natarczywy problem wyłączania się światła co 30 sekund rozwiązała polsko-ukraińska myśl techniczna stosując ku powszechnemu aplauzowi zgromadzonych, metodę zwaną „na spiczkę” zapewniając wszystkim stały dostęp Wattów w żarówce, co mocno ułatwiło proces pakowania.

Do huku F-16 nad głowami już przywykliśmy, ale wokół chatki słyszymy niepowtarzalny dźwięk schodzących lawin – nie jest dobrze. Do wieczora było ich nie mniej niż 8, czego efekty mięliśmy zobaczyć następnego dnia. Niestety nadmierne naświetlenie lodowca słońcem powoduje pęknięcia , które rozpoczynają podobne atrakcje. W zeszłym roku spotkaliśmy się z podobnym kłopotem – jest to nie do pokonania „podręcznym” ekwipunkiem alpinistycznym i w kilka sekund może uniemożliwić nie tylko dojście do szczytu, ale – co gorsze- powrót. No nic, grunt to wierzyć w siłę Reprona, że nas nie zostawi samym sobie.

Wieczorem dowiedzieliśmy się, że aktywny strzelec górski i obecny kandydat do odznaki Bergfuhrera, czyli Wojskowego Przewodnika Górskiego, Christian musi niestety rano ze względów osobistych nas opuścić . Tak więc niemiecka ekspedycja uszczupliła się o jedną osobę, a ja miałem zając jego miejsce jako tzw. „rope team lider”. Odpowiedzialność za swoje zdrowie i życie w górach to naprawdę mocny test psychiczny. Odpowiadać za pozostałe 2 osoby w drużynie linowej kilkukrotnie pomnaża poziom stresu. 

Po odprawie i ustaleniu ostatecznym „rope teamów” sprawa dla nas Polaków wygląda następująco:

TEAM 3

Yuri –rope team lider- POLSKA

Atrur – POLSKA

Stanislas - UKRAINA

TEAM 4

Thomas – rope team lider -NIEMCY

Robert – sanitater – POLSKA

Florian – WŁOCHY

Bjorn – NIEMCY

Wiemy wszystko, czas na sen. Do pobudki o 4.00 pozostało 6 godzin jedynie. W chatce właśnie „wysiadło” nasze polaczenie Internetowe, ale z tych 6 godzin jedną na relacje sadzę da się „urwać”, choć słowa te przeczytacie pewno jak wrócimy do cywilizacji. Liczę też, że jak ukażą się „drukiem” będziemy już bezpiecznie w miarę spokojnej partii gór. 

Górskim pozdrowieniem - Berg Heil!