WildhornHutte -1 VI 2012

 

Pobudka – 4.00. Każdy „zaliczył” ok. 5 lub 4 godziny snu, zależnie od faktu jak mocno chrapał „współspacz” , niemniej wszyscy wstali jak na rozkaz, punkt 4.00.

Szybkie założenie ekwipunku, plecak, raki… O kurczę – jest ciemno jak w… no, bardzo jest ciemno, więc każdy pomaga każdemu, by jak najsprawniej to poszło. Dobrze umocowane raki na lodowcu to chyba podstawowa rzecz, więc nie może być nawet mowy o fuszerce. 

Po przygotowaniach – szybkie śniadanie i 5.20 wyruszamy w górę. 

Tworzymy 5 drużyn linowych, które zostały skomponowane pod wzgl. poziomu umiejętności alpinistycznych, zdolności lingwistycznych (ok. 10 języków „do pogodzenia”!!) i umiejętności medycznych, każdej z osób.

Żegnają nas flagi państw uczestniczących w Projekcie, a które wnieśli niektórzy z nas. Inne reprezentacje pozazdrościły nam jednak naszego spontanicznego gestu i dołączył dwie nowe.

Podczas pobytu bardzo zaprzyjaźniliśmy się ze Słowakami, Czechami i Ukraińcami – poza tym, że robią „dobre repro” to naprawdę wspaniali ludzie. Później mieliśmy doświadczyć wymownych tego dowodów.

W około 1,5/2 godziny pokonujemy ponad 200 metrów wysokości bezwzględnej i sięgamy 2500 metrów n.p.m.. Wg mnie to naprawdę dobry wynik biorąc pod uwagę właściwości terenu, użyty sprzęt i co nie bez znaczenia – międzynarodowy skład i bariery językowe. 

W międzyczasie zaczynają się niestety ujawniać pierwsze, bardzo poważne problemy zdrowotne u kilku osób z „mojej” drużyny linowej i tej postępującej za nami. Niektórzy zostawiają plecaki obkładając je kamieniami, by zabrać w drodze powrotnej.

Od około godziny 10.00 i wysokości 2500m n.p.m. pogoda zaczyna się mocno psuć. Zalega gęsta mgła przepędzana chwilowo przez bardzo silny wiatr, zaczyna też padać śnieg, a dokładnie delikatne kryształki lodu, które powodują że jeżeli staniesz w miejscu to po kilkunastu minutach będziesz miał na sobie pierwszą warstwe lodu.

Po pokonaniu sporej stromizny o nachyleniu około 45 stopni i wysokości bezwzględnej około 150 metrów powoli zbliżamy się do pierwszego dłuższego postoju. Po drodze kilka osób zmaga się ze swoimi „ścianami” jak je nazywamy, czyli psychiczną częścią wspinania. Łyk wody, 10 oddechów, rozmowa z kolegą z drużyny linowej, czy zwykły cukierek są zawsze pomocne i dobrze odciągają uwagę od bolących nóg, czy kręgosłupa. Choć na chwilę, byle do następnego załomu.

Stajemy na grani pomiędzy lodowcami Chilchi Gletscher i Glacier de Tenehel. To jedyne tzw. „bezpieczne miejsce” na naszej trasie. Znaczy to, że ze względu na budowę terenu nie grożą tutaj lawiny, minusem znacznym jest, że ze względu na jakikolwiek brak przeszkód terenowych piź…. wieje i to z dużą mocą. Po 30 minutach stania w takim miejscu na otwartym terenie praktycznie pewnym jest gratisowe i kompleksowe wyziębienie organizmu z późniejszymi atrakcjami w postaci drętwienia kończyn, skutkującymi jedynie telefonem po helikopter i ewakuacją do pobliskiego szpitala. 

Sprawa niestety nie wygląda różowo:

- Artur - ewidentne objawy choroby wysokościowej w postaci pulsującego ciśnienia w czaszce, a nie bardzo jest skłonny doświadczać następnych objawów w postaci wymiotów i osłabnięcia. Do tego ma bardzo szybka pracę serca, co nie wróży poprawy. Rano zażył już aspirynę na rozrzedzenie krwi i lepszą przyswajalność tlenu przez organizm, więc każda następna to ryzyko krwotoku choćby z naczynek w nosie, baaardzo trudnych do zahamowania. Szczególnie tutaj i przy naszym wyposażeniu

-Stanislas – jest po prostu piekielnie zmęczony, a dodatkowo wiatr pozbawia go praktycznie reszty energii. 

-Thomas – namoczone skórzane paski mocujące raki po namoczeniu i pokryciu lodem, opięły mu w taki sposób buty, że utrudniły poważnie dopływ krwi do nóg i musiał natychmiast wracać. Dlatego używa się parcianych – nie ma ryzyka „ściągnięcia” pasków.

Decyzja była jedna z trudniejszych jakie przyszło mi podjąć – do szczytu niecałe 300 metrów, czasem widać jego zarys przez mgłę, gdy mocniej wieje - ale nie trwała za dłużej niż 10 sekund . Musimy wracać. 

„Wpinamy” Thomasa do naszej drużyny linowej i powoli zaczynamy się przygotowywać do powrotu. Nagle zaczyna lecieć Glenn Miller i jego nieśmiertelny „In The Mood”. Co ? Glenn Miller na lodowcu ? Byłem równie zaskoczony jak i Wy – to dzwonek Artura w komórce, dzwoni Polsat Cyfrowy z ofertą zwiększenia abonamentu o nowe kanały. Z pewnością wiele razy jeszcze będziemy „sprzedawać” tą historię na rekonstrukcjach.

Słowacy urzekli nas przekazując potrzebującym swoje racje, które mieli . Typowo słowiański gest. Pamiątkowe, wspólne zdjęcie naszej ekipy na 2815m n.p.m i szybko się rozdzielamy – mówiłem już, że nieźle tutaj podwiewa.

Proporzec zabrał Robert i został wyznaczony jako osoba mająca zawiesić go na szczycie. Podział racji pomiędzy plecakami i rozdzielamy się. 

Powrót z przerwami zajmuje nam jakieś 2/2,5 godziny z przerwami na odpoczynek i posiłki. Po zwinięciu lin ostatnie 200 metrów do chatki Thomas pokonuje jakby na skrzydłach – dziwne. W chatce sprawa się wyjaśnia – bardzo, bardzo miał wielką potrzebę po prostu. Przez 4 godziny każdy z nas po prostu odpoczywa i sprawdza stan zdrowia kolegów. Puszkowane brzoskwinie, chleb i resztki konserw jakie mamy zdecydowanie poprawiają kondycje. Dla towarzystwa nad głowami przelatuje kilka razy szwajcarski F-16. Idealna „okoliczność przyrody”, by usiąść do laptopa i skreślić te kilka słów relacji „na gorąco” póki detale nie wyparują z głowy.

Właśnie weszli powracający, więc mamy najnowsze wiadomości – najważniejsze zadanie wykonane i nasz proporzec II RP zawisł na szczycie!

Kilka słów od Roberta:

„Po smutnym rozstaniu z kolegami którzy musieli zrezygnować z ataku szczytowego z dwóch zespołów linowych stworzono jeden zespół 2 osobowy gdzie przypadła mi rola lidera. 

Musieliśmy dogonić pozostałe zespoły które jak obliczałem były jakieś 20 minut przed nami .

Nie mieliśmy już nimi kontaktu wzrokowego z powodu śnieżycy i mgły, a ni ukrywam ze samotne wejście na szczyt troszkę mnie przerastało. Jedynym rozwiązaniem było narzucenie szybkiego tępa i dogonienia grupy. Kolega Bjorn z Niemiec idący w moim zespole po kilku minutach „biegu” pod gore zaczął kląć w swoim języku w przerwach na oddech , po 30 minutach dogoniliśmy grupę.

Bjorn ostatni etap przeszedł na kolanach ciągnięty na linie , zasapany ze spora umiejętnością już polskich przekleństw. 

Mnie ten maraton też dal w kość ale zdążyliśmy w ostatnim momencie, czekała nas teraz mozolna wspinaczka przez dwie granie poprzedzające szczyt . Sam w śnieżnej zamieci raczej zgubiłbym drogę wśród skał i nie podjąłbym tego ryzyka.

Rozpoczęliśmy mozolna wspinaczkę brnąc metr po metrze , czasem ciesząc się z osłony jaka dawały nam skały od wiatru. Nie wiem jak wyglądałem ja ale moim wyglądali dość klimatycznie w oszronionych kominiarkach i goglach. 

Po około 30 minutach wspinaczki dotarliśmy na szczyt zwieńczony krzyżem , nie dane nam było podziwiać panoramy . Ale mimo to tych wszystkich przeciwności mieliśmy olbrzymia satysfakcję zdobycia góry. Krótki pobyt na szczycie wykorzystaliśmy na pamiątkowe zdjęcia , w tym obowiązkowe z wbitym czekanem i powiewającą na nim banderą RP.

Po tej krótkiej ceremonii musieliśmy wracać , zamykaliśmy tak jak ostatnio grupę z tym ze Bjorn szedł z przodu. Nasza wzajemna asekuracja kilkakrotnie okazała się potrzebna na stromym stoku. 

Po zejściu na lodowiec rozpoczął się mozolny marsz po lodowcu , jednemu z Ukraińskich kolegów nastąpił uraz stawu kolanowego . Udzieliłem swoimi skromnymi środkami pomocy usztywniając staw oraz aplikując lek przeciwbólowy. 

Ruszyliśmy dalej , idąc trafiliśmy w chwilowe okienko pogodowe dajce nam podziwiać panoramę Alp 

sięgających od Niemiec po Francję. 

Przechodząc przez przełęcz dotarliśmy do drugiego lodowca który przebyliśmy w asekuracyjnych odstępach aby nie kusić losu. 

Za lodowcem na ostatniej przed nami przełęczy z organizowaliśmy krótką przerwę na zebranie grupy oraz zwiniecie lin asekuracyjnych. Potem już kamienistym stokiem poprzedzielanym śniegiem ruszyliśmy w kierunku widocznej już chatki. Na ostatnim prostym odcinku mimowolnie grupa utworzyła kolumnę , któryś z „braci” Słowaków zanucił cichutko „Edelweiss” .

Wrażenie z tej mimowolnie zaistniałej sytuacji w otaczającej nas panoramie gór - bezcenne !

I tak powoli dotarliśmy w okolice chatki gdzie przywitali czekający na nas z niecierpliwością koledzy .„

 

Po powrocie następuje część oficjalna imprezy tj. podziękowania, odznaczenia dla nowych członków Projektu i następnie sprawy organizacyjne dotyczące następnych dni. Po nich – no cóż, w końcu kolejny Projekt zakończony już niemal, a i Artem – dowódca ukraińskiego „siostrzanego” 98 GJR – ma urodziny, więc nie będę Was kłamał, że poszliśmy spać. Ciepły obiad, kilka przegadanych godzin, planów i wzajemnych zaproszeń do poszczególnych krajów, setki tematów dotyczących piechoty górskiej, kilkaset toastów, kilkadziesiąt rekonstrukcyjnych anegdot – nic czego nie można się spodziewać po takim wyjeździe.

Gdy kończę pisać te słowa jest 22.49 (gwoli dokładności 1 VI 2012, bo wrzucę ten tekst zapewne dopiero po powrocie), powoli kładziemy się spać, pobudka planowana jest na 8.00. Wpadli właśnie do pokoju Słowacy i Czesi, więc i ze spania jeszcze nici, ale czy ktoś odmówiłby Braciom Słowianom? 

Do jutra!

 

WildhornHutte -2 VI 2012

 

Sebastian budzi nas o 6.44 – myślałem, że zaspałem, i budzik nie zadzwonił, ale ewidentnie „zerwano nas” wcześniej – okazało się, że zbliżają się narciarze, a nie chcemy o ile to możliwe „razić ich” motywami niemieckimi. Tak więc do pakowania i przygotowywania do powrotu do Lenk przystępujemy wcześniej. Plecaki gotowe, czekają przed chatką z butami i czekanami, ostatnie sesje zdjęciowe i po posprzątaniu chatki zaczynamy niwelować 700 metrów dzielących nas od miejsca startu. Zejścia zawsze są bardziej „ luzackie”, ludzie nie są tak spięci jak przy podejściach i obowiązkowo króluje „koszarowy humor” w wydaniu międzynarodowym. Trzeba jednak uważać, gdyż właśnie przy zejściach w chwilach rozprężenia powstaje najwięcej urazów w górach – popularne są skręcenia i zwichnięcia, ale też i złamania. By nie być gołosłownym Artur trafia przechodząc z pokrywy śnieżnej na „ląd” na rzeczkę pod śniegiem i niemalże w nią wpada. Szybka reakcja ratuje go przez przymusową kąpielą. Swoją droga – nie zaszkodziła by ona, a ni mu, ani żadnemu z nas po tych kilku dniach w górach.

 

U podnóża góry, niemal przy miejscu startu z drogi, gdy maszerujemy w dwóch kolumnach zawraca nas jakaś Szwajcarka z aparatem. Okazuje się, że jest fotografem na weselu i w pobliżu mają sesję zdjęciową i „czy nie moglibyśmy zapozować”? No jak tu odmówić? Efektem jest sesja zdjęciowa Panny Młodej z 20 alpinistami jakby wyjętymi jakby z albumu jej babci. Każdy kraj składa Parze Młodej życzenia w narodowym języku i …. I jesteśmy na miejscu startowym. Plecaki i czapki trafiają do bagażników, pożegnalne piwo w cieniu góry i jesteśmy gotowi do powrotu na camping. Żegnamy tylko Thomasa i Bjorna – muszą wracać jak najszybciej do Niemiec –, zabieramy Pedra i Alberta do naszego grupowego „gebirgswagena” marki VW i krętymi, górskimi drogami wracamy do Lenk.

Na miejscu przepakowywanie, prysznice (taaaaaaaaaak!!!!!!) i powolny powrót do cywilizacji, czego symbolicznym „objawem” jest przebranie się w świeże „cywilne” ciuchy.

Bruno prosi jeszcze o odprawę końcową, podsumowującą dziękując za wkład każdego z nas, a dwóch z nas za „individual archievement” jak to okreslił – Roberta za wspaniała opiekę medyczną, którą niestety była niezbędna, a mnie za decyzje o powrocie z niezdolnymi do wspinaczki osobami, jednocześnie zaliczając od teraz do tzw. Sztabu Projektu kierującego organizacją poszczególnych edycji. Kurczę – a pamiętam jak 3 lata temu, mając jechać na Projekt pierwszy raz kierowałem kluczyk do stacyjki samochodu. Teraz niektórzy z ludzi których tam spotkałem zarówno dla mnie jak i kolegów z Grupy są naprawdę Przyjaciółmi. Masa czasu, masa energii i jakieś 10.000 metrów n.p.m zdobyte w sprzeci oe alpinistycznym sprzed 70 lat naprawdę integrują.

Żonaci dzwonią do swoich OberKommando der Wehrmacht z raportami, żegnamy się z resztą uczestników i … i właśnie siedze na tylnim siedzeniu naszego wysłużonego czerwonego VW Transportera pisząc te słowa. Przed nami jakieś 1500km do kraju, a jak tylko znajdziemy Mc Donaldsa to zaraz wrzucę zaległe relacje. 

Do zobaczenia w Kraju!