Tegoroczna wyprawa polskiej „reprezentacji narodowej” na Projekt Edelweiss została objęta patronatem Portalu Historii Ożywionej www.dobroni.pl. W ramach relacji postaramy się codziennie dzielić z Wami wrażeniami z każdego dnia podróży, przygotowań, wspinaczki i samej próby wyjścia na portalu www.dobroni.pl i na naszej grupowej stronie www.diegams.org.

 

Tegoroczna grupa, która podejmie się próby rekonstrukcji technik wspinaczkowych z lat 30-tych XXw. składa się z 22 rekonstruktorów niemieckich jednostek górskich i przedstawicieli 10 krajów z 2 kontynentów. Będą tam Szwajcarzy, Niemcy, Czesi, Słowacy, Ukraińcy, Włosi, Hiszpanie, Kanadyjczycy, Anglicy i oczywiście Polacy. Anglików wymieniam jedynie z „kronikarskiego obowiązku”, bo pod ta enigmatyczną formułką kryje się Sebastian, Polak z krwi i kości, aktualnie na gościnnych występach w Albionie.

 

W pierwszym wpisie postaram się przybliżyć Wam podstawowe informacje,  jakim językiem komunikujemy się na co dzień, co  koniecznie potrzeba mieć ze sobą w plecaku, jakie umundurowanie niemieckich GJ sprawdza się najlepiej „w praniu”, co najlepiej zabrać ze sobą do jedzenia  tak, by udało się przetrwać noc na grani na 3500m n.p.m. Część tych informacji znajdziecie również na Oficjalnej Stronie Projektu http://project.edelweiss.over-blog.com.

 

Grupa Rekonstrukcji Historycznej Kampfgruppe EDELWEISS w ramach której organizujemy wyjazd uczestniczy w Projektach niemalże od samego ich początku, czyli od 2010 roku. Dla wielu z nas było to spełnienie marzeń dotychczas leżących na półce „NIEREALNE” i ukoronowanie wieloletniej pasji i kolekcjonerstwa przedmiotów związanych z górami i tematyka jednostek górskich Wehrmachtu.

 

Wyjątkowość tego typu wyjazdów i ich całkowita odmienność od typowych, „weekendowych” wyjazdów rekonstrukcyjnych polega chyba na jak największej zgodności z przedstawianymi realiami, całkowitym brakiem kontaktu ze „światem rzeczywistym”, wspaniałej, cudownej i pięknej scenerii Alp, ogromnym wysiłku fizycznym wymaganym od każdego z uczestników i … towarzystwu J To ta międzynarodowa „dzika banda” sprawia, że już około po 3-4 tygodniach po corocznym wyjeździe na Projekt zaczynam tęsknić za tymi wariatami J


Na początek troszkę logistyki. Mniej przyjemnej, mniej fascynującej, niemniej niezbędnej przy tego typu wyjazdach. Przygotowania zaczynają się w zasadzie około miesiąc po zakończeniu każdorazowej edycji. Poprzez zamknięte, anglojęzyczne  Forum wybieramy szczyt, przyjmujemy mundurowe „ramy czasowe”, zbieramy wstępne pierwsze deklaracje uczestnictwa. Następnie przez 10 miesięcy odmawiamy sobie chipsów, grilli, pizzy, biegamy, dźwigamy  - każdy zna siebie najlepiej i wie ile pracy musi włożyć, by sprostać wymaganiom. Zeszłorocznym rekordzistą przygotowań do Projektu został mój przyjaciel Artur  zrzucając równiutkie 25 kg. Gdy zobaczyłem go po półrocznej przerwie po prostu mnie zamurowało.  Podobnie jak większość osób pamietających go z wcześniejszej edycji, podczas której już w drodze na szczyt, gdy się rozstawaliśmy zapowiadał, że za rok wydolność i organizm nie staną mu już na przeszkodzie.  Szczerze powiedziawszy – troszkę niedowierzałem mu wtedy. Dziś oficjalnie za to przepraszam J Reasumując potrzeba dobrej sprawności fizycznej i kondycji, oraz mocnej psychiki by nie poddać się w połowie drogi. Nic nie umniejszając przygotowaniom fizycznym, osobiście jestem zdania, że „góry najpierw trzeba pokonać   w swoim umyśle” i silna psychika jest tutaj niemniej ważna, niż nie palenie i mocne płuca.

 

Jeżeli już jesteśmy sprawni i gibcy jak Marek Perepeczko w „Janosiku” czeka nas „biurowa” część przygotowań. Wymaganym jest indywidualne ubezpieczenie na czas wyprawy koniecznie zawierające opcję ewakuacji helikopterem z terenów wysokogórskich. Ponadto jeżeli jest się nieszczęśnikiem, który ma najpojemniejszy i najekonomiczniejszy samochód w Grupie – ubezpieczenie auta itp. Opłaty, wyżywienie i zakwaterowanie (najczęściej pole namiotowe u podnóża szczytu ) koordynuje osoba będąca na miejscu. Żonaci zmuszeni są jeszcze do uzyskania pozwolenia ze swoich OberKommando der Wehrmacht.

 

Około 2-3 miesięcy przed wyjazdem, gdy kwestia prawdopodobna uczestników jest już bardziej jasna wyznaczane są drużyny linowe, osoby prowadzące, wyznaczany jest „podoficer sanitarny” i inne niezbędne osoby „funkcyjne” mające niezbędne doświadczenie w swoich dziedzinach.  Są to bardzo ważne i odpowiedzialne „funkcje”. Góry mają to do siebie, że bezlitośnie wykorzystują każdą słabość i słabą stronę – dlatego ta część przygotowań jest naprawdę bardzo ważna.

 

Znakiem, że zbliża się termin wyjazdu jest wizyta listonosza z przesyłką zawierającą stylizowany na epokowy rozkazwymarszu (niezbędnych do okazania przed wspinaczką!) i oficjalnego zaproszenia w języku angielskim, przydatnych w razie ewentualnych kontroli drogowych. Np. podczas wyjazdu w 2011 roku kontrolowano nas łącznie 4 razy na trasie do Francji, raz fundując nam kompleksową i dogłębną rewizję, której sponsorem była niemiecka Straż Graniczna. Wspomnienia, gdy po otworzeniu bagażnika ręce pograniczników odruchowo sięgnęły kabur – bezcenne.

 

Jeżeli mamy już zaplanowaną datę wyjazdu, trasę przejazdu i „miejsca zbiórek” kolejnych uczestników na trasie opracowane, nie pozostaje nic innego jak przejść do kolejnej części przygotowań – racji żywnościowych.

 

RACJE ŻYWNOŚCIOWE


Dla każdego z uczestników, osoba odpowiedzialna za „historyczną aprowizację” wyprawy przygotowuje odpowiedni zestaw w „epokowych” opakowaniach i z odpowiednimi etykietami przydziałowymi. W zeszłym roku w skład „żelaznej porcji”, o ile dobrze pamiętam wchodziły:

- kilkadziesiąt gram pasztetu

- suche pieczywo x 2

- konserwa

- cukierki energetyczne

- mleko skondensowane

- pudełko SCHOKAKOLI

Osobiście od czasów pierwszego wyjazdu na Projekt 3 lata temu jestem wielkim miłośnikiem puszkowanych brzoskwiń i zawsze mam kilka puszek w plecaku. Pomijając rewelacyjny smak, idealnie sprawdzają się z dwóch powodów – szybkości konsumpcji, energetyczności i doskonałej przyswajalności przez organizm witamin zawartych w syropie z brzoskwiń. Po drugie nie mają jakże popularnego dziś „szybkiego otwieracza” na wieczku, które nie było obecne w epoce, a i nie spotkałem jeszcze puszki z naklejanymi etykietami, które trzeba pokornie oczyszczać przed podmienieniem etykiety na „przydziałową”. Są po prostu idealne J

Prócz brzoskwiń warto też zabrać ze sobą kilka czekolad ze względu na ich energetyczność i 5-10 zupek w proszku. Po niwelacji ponad 2000m przed snem, gorąca zupka Knorra na przegotowanym śniegu nabiera zupełnie nowego znaczenia. Zestaw dopełnia - pojemnik na masło/smalec zawierający powidło.

Osobiście zabieram ze sobą jeszcze pakowane w epokowe, metalowe pudełeczka tabletkowane witaminy rozpuszczalne i aspirynę. Witaminy z wiadomego powodu  - silne odwodnienie wymaga uzupełniania płynów i minerałów. Aspiryna – w kontrolowanej ilości pomaga powyżej 3000m n.p.m. gdzie statystycznie 75% ludzi odczuwa mniejsze, lub większe efekty choroby wysokościowej (skrótowy jej opis – „jakbyś wymiotował duszą”) na rozrzedzenie krwi i lepsza absorpcję tlenu. Trzeba niemniej uważać, bo w razie jakiejkolwiek rany krwawienie w takim wypadku jest naprawdę bardzo trudne do zatamowania.

Ponad powyższe - 4,5-6l wody.

Moje tegoroczne oprawiantowanie na wyjazd wygląda następująco:

 

UMUNDUROWANIE


Ramy czasowe wokół których umieszczamy kolejne Projekty oscylują wokół przedwojennych szkoleń górskich odbywających się w HeeresHochgebirgsshule Fulpmes mieszczącej się w Dolinie Stubai w cieniu szczytu Zugspitze. Przyjęte realia pozwalają nam zastosować bardzo bogate spektrum mundurowe dostępne w przedstawianym okresie niemieckim jednostkom górskim. W ramach przygotowań do pierwszego Projektu wspólnie opracowaliśmy regulaminowe „niezbędne minimum mundurowe i sprzętowe”, które musi spełniać każdy zainteresowany. Z własnego doświadczenia dodam, iż jest to naprawdę „minimum” i wielce przydatnym jest posiadanie kilku dodatkowych elementów.

Mój przykładowy zestaw mundurowy na tegoroczny wyjazd zawiera:

- skarpety wełniane x 2

- skarpety przydziałowe x2

- skarpety „wysokie” x2

- krótkie spodnie górskie tzw. Kniebundhose

- przydziałowe granatowe szorty x2

- kalesony

- buty górskie

- koszula wczesna

- czapka górska

- szalokominiarka

- szelki do spodni 

- pas oficerski wczesny

- bluza M36

- anorak biały

- sweter

- rękawiczki wełniane przydziałowe

- rękawiczki wełniane cywilne

- rękawiczki podoficerskie

Opcjonalny zestaw zapasowy:

- spodnie górskie M37

- windjacke

Umundurowanie na wyjazd wygląda następująco:

 

WYPOSAŻENIE


Niemniej wszystko powyższe trzeba w czymś przenosić, więc niezbędne jest zgromadzenie oporządzenia umożliwiającego dotarcie na szczyt, poruszanie się po lodowcu, po miękkim śniegu itp. Prócz poniższego wyposażenia – nazwijmy go „osobistym” – przenoszone są również przedmioty „grupowe” jak np. flagi sygnalizacyjne, liny wspinaczkowe, prowadzące, haki itp. Mój przykładowy zestaw wygląda następująco:

- czekan tzw. „średni” 76cm

- raki wspinaczkowe

- rakiety śnieżne

- plecak górski M31

- kompas z etui na pas

- śledzie, karabinki itp.

- gogle przeciwsłoneczne dwa rodzaje

- górskie okulary przeciwsłoneczne

- pokrowiec na pas

- menażka

- niezbędnik

- manierka górska

- lornetka

-niciarka/igielnik

- aparat fotograficzny ze statywem, org. lata 20-te XXw prod. AGFA, model BILLY

- kuchenka  JUWEL33

- kubek metalowy z łuski

- gwizdek przydziałowy

- flaga Polski

- flaga najpiękniejszego z naszych województw – podkarpacia

- butelka na wodę

- latarka

- koc przydziałowy

- portfel zawierający dokumenty, walutę, zdjęcia itp

-książeczka wojskowa

-zelta wczesna, szara

- 3 części masztu namiotowego

- 3 śledzie drewniane

- proporzec kompanijny

- scyzoryk "do wszystkiego"

- otwieracz do konserw

- zapałki

Podręczna apteczka zawiera:

- loperamid

- polipiryna

- pyralgina

- plastry

- opatrunek osobisty (WP)

- krem z filtrem przeciwslonecznym 

- folia NRC

- sudocrem

 

W plecaku na głębokim dnie, znajduje się ponad powyższe uprząż wspinaczkowa, jeżeli niezbędna byłaby ewakuacja helikopterem ze względu na doznane urazy.

Tak wygląda powyższe wyposażenie przed spakowaniem:

 

Mając skompletowane wszystko co spisałem powyżej można powoli skreślać dni do wyjazdu.

 

P.S. Prawie bym zapomniał, tegorocznym celem – szwajcarskie Alpy. 

 

Michał "Yuri" Jurasz